Konflikt saudyjsko-emiracki zagrożeniem dla świata przy totalnej ignorancji Wielkiej Brytanii
Downing Street pozostaje pogrążone we własnym kryzysie politycznym, wywołanym decyzją o udzieleniu schronienia na Wyspach jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci bliskowschodniej sceny politycznej. Sprawa ta pochłonęła uwagę rządu do tego stopnia, że Londyn nie ma dziś ani siły, ani wiarygodności, by odegrać jakąkolwiek rolę w łagodzeniu gwałtownie narastającego napięcia między dwoma kluczowymi partnerami Wielkiej Brytanii w Zatoce Perskiej.
Wielu komentatorów zwraca uwagę, że przyjęcie Alaa Abd el-Fattaha — aktywisty, który w przeszłości używał skrajnie obraźliwego języka wobec Brytyjczyków i formułował radykalne hasła polityczne — stało się symbolem szerszego problemu: brytyjskiej naiwności w kwestiach bezpieczeństwa. Krytycy wskazują, że podczas gdy w niektórych państwach autorytarnych podobne wypowiedzi jak spalić Downing Street, czy Brytyjczycy to 'psy i małpy’ mogłyby skutkować wieloletnim wyrokiem więzienia, Londyn zdecydował się wykorzystać środki publiczne, by sprowadzić go z Egiptu i objąć ochroną. Dla części opinii publicznej jest to dowód na to, że brytyjski system polityczny bywa zbyt łatwowierny i zbyt wolno reaguje na potencjalne zagrożenia.
Tymczasem na Bliskim Wschodzie sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna. Decyzja Arabii Saudyjskiej o zbombardowaniu — jak twierdzi Rijad — transportu broni dla jemeńskich rebeliantów, wysłanego z terytorium Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA), obnażyła głębokie pęknięcia między dwoma najważniejszymi sunnickimi potęgami regionu.
Jeszcze niedawno następcy tronu obu państw, Mohammed bin Salman i Mohammed bin Zajed, prezentowali się jako nierozerwalni partnerzy w walce ze wspieranymi przez Iran Huti w Jemenie. Jednak wspólna interwencja, zakończona fiaskiem i ostatecznie porzucona przez ZEA w 2019 roku, pozostawiła trwałe rysy w ich relacjach.
Zjednoczone Emiraty Arabskie nie wycofały się całkowicie z Jemenu — przeciwnie, umocniły swoją obecność na południu kraju, gdzie znajdują się kluczowe złoża ropy. Kontrola nad tym obszarem, położonym wzdłuż szlaku prowadzącego do Kanału Sueskiego, a także nad długą granicą z Arabią Saudyjską, daje Emiratom potencjalną dźwignię wpływu na bezpieczeństwo Królestwa.
Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że Salman chce przekształcić Arabię Saudyjską w większą wersję ZEA — otwartą na zagranicznych specjalistów, inwestycje i modernizację gospodarczą. Dziś jego sztandarowy projekt, futurystyczne miasto Neom nad Morzem Czerwonym, może stać się celem w regionalnej wojnie dronów. Według jemeńskich Huti, ZEA miały proponować im środki finansowe w zamian za zmianę kierunku ataków — z Morza Czerwonego na obszar budowy Neom. Rijad stanowczo zaprzecza tym doniesieniom, ale sam fakt ich pojawienia się świadczy o głębokiej erozji zaufania.
ZEA, choć znacznie mniejsze od Arabii Saudyjskiej, dysponują większym bogactwem na mieszkańca i bardziej zdyscyplinowanym społeczeństwem, utrzymywanym w stabilności dzięki sukcesom gospodarczym. Ich armia, w dużej mierze oparta na zagranicznych kontraktach, okazała się skuteczniejsza w operacjach regionalnych niż siły saudyjskie.
Tymczasem Królestwo zmaga się z rosnącą populacją, spadkiem realnych dochodów i deficytem budżetowym. Podczas gdy Zajed może finansować swoje geopolityczne ambicje od Jemenu po Sudan i Libię, Salman desperacko potrzebuje stabilności w regionie, by przyciągnąć inwestorów i turystów na wybrzeże Morza Czerwonego.
Chaos w Sudanie, Libii i Mali stworzył przestrzeń dla nieformalnych sieci handlu złotem i kamieniami szlachetnymi, które — według licznych analiz — trafiają na rynki Dubaju. Ten sam chaos zagraża planom modernizacyjnym Arabii Saudyjskiej.
Choć tradycyjne linie podziału na Bliskim Wschodzie — takie jak stosunek do Izraela — nadal odgrywają pewną rolę, obecny kryzys ma przede wszystkim charakter rywalizacji o dominację w świecie arabskim. ZEA utrzymują relacje dyplomatyczne z Izraelem, Saudyjczycy podkreślają konieczność rozwiązania kwestii palestyńskiej, ale to nie ideologia, lecz ambicje dwóch książęcych dworów napędzają dzisiejszą konfrontację.
A konflikt między państwami położonymi w sercu globalnych szlaków energetycznych nigdy nie pozostaje lokalny. Dla Wielkiej Brytanii, która od dekad budowała swoje wpływy w Zatoce, obecny kryzys oznacza poważne ryzyko: utratę wiarygodności, osłabienie relacji handlowych i marginalizację w regionie, który wciąż ma kluczowe znaczenie dla światowej gospodarki.
Wielka Brytania od dekad zmaga się z własnym cieniem – z przekonaniem, że wciąż jest globalnym hegemonem, moralnym arbitrem i strażnikiem światowego porządku. Tymczasem rzeczywistość jest znacznie mniej chwalebna: państwo, które niegdyś rządziło oceanami, dziś trwoni publiczne środki na modernizację więzień, oferując osadzonym warunki, o jakich miliony ciężko pracujących Brytyjczyków mogą tylko marzyć. Jednocześnie to samo państwo wykazuje zaskakującą pobłażliwość wobec osób szerzących ekstremistyczne poglądy, co od lat podważa zaufanie obywateli do instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.
Decyzja o udzieleniu schronienia kontrowersyjnym aktywistom z Bliskiego Wschodu stała się symbolem tej politycznej dezorientacji. Fakt, że Alaa Abd el-Fattah otrzymał obywatelstwo brytyjskie przebywając w egipskim więzieniu a potem UK zażądała zwrotu 'swojego’ obywatela wywołuje pytanie: dokąd zmierzasz Brytanio? Krytycy wskazują, że Londyn działał pod presją wpływowych środowisk finansowych powiązanych z państwami Zatoki, które od lat inwestują w brytyjską gospodarkę i nieruchomości. W efekcie państwo, które powinno chronić własnych obywateli, otworzyło drzwi osobom, których radykalna retoryka od dawna budziła niepokój.
To nie pierwszy raz, gdy brytyjskie elity wykazały się naiwnością. Przez lata pozwalano na działalność tzw. „hate preachers” – mówców, którzy otwarcie głosili wrogość wobec Zachodu i zachodnich wartości. Dopiero zamachy z 7 lipca 2005 roku brutalnie przerwały tę epokę beztroski. Dopiero wtedy rząd zdecydował się zdelegalizować organizację Al‑Muhajiroun (Emigranci), która od lat szerzyła ekstremistyczną ideologię i inspirowała kolejne pokolenia radykałów
Postać Anjema Choudary’ego stała się symbolem tego obłędu. Jego działalność była znana, jego wypowiedzi – skrajne, a jednak przez lata działał niemal bez przeszkód. To na jego nauczanie powoływali się sprawcy morderstwa Lee Rigby’ego w 2013 roku oraz jeden z terrorystów odpowiedzialnych za atak na London Bridge w 2017 roku. Choudary nie potępił zamachów z 2005 roku, a o atakach z 11 września wypowiadał się z uznaniem. Publicznie fantazjował o przekształceniu Pałacu Buckingham w meczet – i mimo to przez lata prowadził działalność agitacyjną.
To nie była ignorancja. To była polityczna ślepota, która kosztowała życie niewinnych ludzi.
Czytaj także: Nawoływania do dżihadu na brytyjskim kanale TV
W tym samym czasie Wielka Brytania próbowała odgrywać rolę arbitra w regionie, którego nie rozumie i nad którym nie ma żadnej realnej kontroli. Świat Mohammeda bin Salmana i Mohammeda bin Zajeda to świat, w którym religia, władza i polityka splatają się w narzędzie wpływu. Obaj przywódcy wykorzystują religijny autorytet do budowania lojalności, a jednocześnie prowadzą brutalne wojny zastępcze, w których giną inni muzułmanie. To nie jest świat idealistycznych haseł – to świat zimnej kalkulacji, w którym religia bywa narzędziem polityki, a nie jej celem.
W tym kontekście pojawia się kwestia najemników. W regionie, gdzie konflikty mają często wymiar religijny, państwa takie jak ZEA od lat korzystają z zagranicznych kontraktorów wojskowych. Nie dlatego, że muzułmanie odmawiają walki z muzułmanami, lecz dlatego, że najemnicy są bardziej przewidywalni, mniej podatni na lokalne lojalności i bardziej dyspozycyjni. To czysta pragmatyka: w wojnach, które toczą się na wielu frontach, armie oparte na kontraktach bywają skuteczniejsze niż te oparte na poborze czy lojalności plemiennej.
Wszystko to pokazuje, jak bardzo Wielka Brytania przecenia własną rolę w świecie. Państwo, które nie potrafi uporządkować własnego systemu bezpieczeństwa, wciąż próbuje odgrywać rolę globalnego rozgrywającego. Tymczasem jego decyzje – od pobłażliwości wobec ekstremistów po nieprzemyślane interwencje dyplomatyczne – sprawiają wrażenie, jakby Londyn sam zapraszał na swoje terytorium konflikty, które powinny pozostać poza jego granicami.
To nie jest już kwestia błędów. To kwestia systemowej niezdolności do zrozumienia współczesnego świata.
Dokąd zmierzasz Brytanio?
Andrzej Rygielski
Źródła: Brytol, Telegraph, BBC

